
Byłam mężczyzną i w panicznym pośpiechu usiłowałam wydostać się z morza na brzeg. W ramionach niosłam około dziesięcioletnią nieprzytomną dziewczynkę. Musiałam się spieszyć. Tuż za mną podążały syreny i były wściekłe. Miały ostre zęby drapieżników. Pożądały dziewczynki. Wiedziałam, że jeśli zawiodę, nie dobiegnę do plaży, dziecko zostanie rozszarpane. Kolejny niedośniony sen.
Źle spałam. Brałam udział w swego rodzaju imprezie PR w starym hotelu. Budynek był tak duży, że się zgubiłam. Szukając drogi powrotnej wędrowałam przez nieznane korytarze, a każdy kolejny był bardziej pusty od poprzedniego. Trafiłam na strych, a tam obudziłam Strach. Upiora. Pradawne Zło. Powstał z ogromnie długiego snu i był wściekły. Zapanował nad umysłami gości hotelu i zmusił, by szukali jaj, które złożył przed zapadnięciem w sen. Siłą woli mógł sparaliżować dowolną liczbę osób. Uczucie było makabryczne. Serce ze strachu biło mi jak po ciężkim biegu, krew szaleńczo pulsowała w uszach, ale nie mogłam poruszyć nawet powieką. Kiedy mnie uwolnił rzuciłam się na poszukiwanie zagubionych jaj. Kiedy się od niego oddaliłam, złowrogi wpływ zelżał. Uciekłam więc. Biegłam ile sił w płucach i schroniłam się w starym domu. Niestety nie był opuszczony, choć z zewnątrz na taki wyglądał. Była tam fabryka heroiny. Wycofałam się cichutko i zaczęłam przemykać ku drodze, ku ludziom. Raz tylko się obejrzałam i zobaczyłam, że handlarze narkotykami ścigają mnie. Gonitwa rozpoczęła się na nowo. Musiałam tylko dotrzeć do widocznego skrzyżowania, gdzie mogłam liczyć na to, że ktoś się zatrzyma, pozwoli mi wsiąść i uratuje przed pościgiem. Nie dobiegłam do skrzyżowania. Kocham cię, budziku.
Zapamiętałam dwa sny.
Pierwszy był o młodej dziewczynie, która spotykając się z ojcem odkrywa, że w dzieciństwie była przez niego molestowana. Widziałam krótką retrospekcję tego, jak leży z rodzicem w łóżku. Po jej zakończeniu dziewczyna była straszliwie chuda. szara, straszliwie cienka skóra była naciągnięta na czaszkę. Włosy rzadkie i matowe. Oczy w wychudzonej twarzy wydawały się nienaturalnie duże. Ojciec również przypominał chodzącego trupa.
W drugim śnie przebudziły się mordercze maszyny. Przeżyli tylko ci ludzie, którzy zgromadzili się z tyłu budynku, przy swego rodzaju wieży przekaźnikowej. Towarzysz oddawał mu własną energię, by obudzić urządzenie, by utworzyło pole siłowe, które miało nas chronić. Kiedy przekaźnik zaczął się psuć ja własną energią, oddając ją w ulegające niszczeniu miejsca leczyłam (właśnie: leczyłam nie naprawiałam) urządzenie.
Sen wczorajszy:
Miałam telefon stacjonarny (którego normalnie nie mam) i postanowiłam wykorzystać abonament dzwoniąc do dowolnej osoby. Wybór padł na Jakuba Ćwieka. Ot tak. Bo niedawno jeszcze chciał ze mną współpracować. Tylko się zesrało i nie wyszło. Bo mi talentu zabrakło. Postanowiłam więc wykorzystać minuty abonamentu na rozmowę z nim. Odebrał. Był miły i uprzejmy. Ja byłam onieśmielona i ogłupiała. Nieprzyjemnie go wypytałam o przyczyny, z których nie jest w stanie odpowiedzieć na zgłoszenia szarych (jak ja) ludzików. Wtedy obok mnie przemknął R2D2. Ćwiek w tle mi się tłumaczył ( jakby mnie to obchodziło). Dobry R2D2 chciał unieszkodliwić złego R2D2, który wylądował na masce mojego statku i chciał przejąć kontrolę nad załogą. Byłam kapitanem. Kiepskim kapitanem, bo śmiertelnie się go wystraszyłam. Kiedy wybił większość mojej załogi opamiętałam się. Przezwyciężyłam własną tchórzowską naturę i podjęłam pokojowe pertraktacje. Mogły by się zakończyć sukcesem gdybym dośniła sen do końca.
Sen pod tytułem "Moda na sukces" z dnia 30.09/01/10.2011
Byłam skromną, ubogą dziewczynką, która z wzajemnością zakochała się w bogatym dziedzicu fortuny (w tej roli mój aktualny bo od siedmiu lat chłopak - Szatek). Niestety. O żarliwym romansie dowiedział się zły ojciec Szatka - dysponujący całą fortuną Don Krzysztof, któremu nie podobała się uboga, choć szczerze zakochana narzeczona (czyli ja). Szatek dostał więc propozycję nie do odrzucenia: albo mnie rzuca i wciąż jest bogaty, albo jest ze mną i Don Krzysztof go wyklina i oboje jesteśmy biedni. We śnie usiłujemy akurat opracować wspólnie budżet, który pozwoli nam przetrwać pierwszy miesiąc - znak, że Szatek wybrał biedne życie u mojego boku. A mieszkamy na Florydzie, na nabrzeżu i morskie, słone fale omywają mój dywan w salonie.
Mój facet uderzył mnie kilka razy w twarz. Ale to pół biedy. Wrócił do byłej dziewczyny, która odmłodniała i wypiękniała. Ale to też nic. Zniszczył moje rzeczy. Nie te, do których byłam najbardziej przywiązana, tylko te, których potrzebuję na co dzień. Ale prawdziwym koszmarem było to, że mimo wszystko chciałam do niego wrócić. We własnym śnie gardziłam sama sobą, tym jaka jestem słaba w obliczu przywiązania. jeden z tych straszliwie realistycznych, snów, w które wierzysz jeszcze kilka chwil po przebudzeniu.
Wokół mojego łóżka rozciągało się jezioro ogromne jak ocean. Pływała w nim ogromna morska bogini, a ja obok niej idealnie synchronicznie powtarzając jej ruchy. I sama też byłam boginią, równie wielką, identyczną jak lustrzane odbicie. Wynurzywszy się, płynąc z powrotem w stronę łóżka, ucięłam sobie miłą i krótką konwersację z sympatyczną żabą i nieśmiałym pająkiem wodnym. Na poduszce wił się obrzydliwy, tłusty robako-wąż. Koniec odwłoka był uzbrojony w jadowite szczypce, pluł też jadem z obu końców. Agresywne świństwo.
Dowodziłam załogą ogromnego zeppelina. Wyprawę finansował burmistrz miasta Kraśnik Piotr Czubiński. Docelowym miejscem lądowania był dach Luwru. Przebiegły i podstępny plan burmistrza natomiast polegał na tym, iż nie finansował on wyprawy ku radości skromnej Kraśniczanki! Lot był wyścigiem, a ten, czyja załoga dotrze na miejsce pierwsza, miał zgarnąć ogromną kupę pieniędzy! Mimo tego, lot przebiegał spokojnie i przyjemnie - prowadziliśmy i mieliśmy kolosalną przewagę. Na miejscu miałam przyjemność uścisnąć rękę Marianowi Konarskiemu i obejrzeć jego ostatni olej.
Sen sprzed trzech nocy.
Dołączyłam do kółka teatralnego. Nie wystawialiśmy jednak żadnej sztuki, a kręciliśmy film. Koledzy aktorzy okazali się być Amerykanami. Jeden z nich miał rolę rosyjskiego szamana, ale z powodu nieznajomości języka bełkotał i udawał "ruskiego". Chcąc mu pomóc uczyłam go "Ojcze nasz" po rosyjsku, (albowiem to miała być jego kwestia) w czasie snu usilnie wygrzebując słówka z pamięci.
A potem podrywała mnie koleżanka z kółka. Bezpośrednia i pewna siebie długowłosa szatynka.
Niemcy napadli na Polskę i trwała okupacja. Nie chciałam się rzucać w oczy żołnierzom, poza tym pić mi się chciało i postanowiłam odnaleźć mamę, więc weszłam do budynku. By się do niego dostać wystarczyło troszkę unieść imitującą ścianę płachtę. To było jak przejście do innego świata. Wewnątrz była tylko jedna ściana. Ta za mną, która przed momentem była płachtą. Przede mną była aleja niedużych drzew. Były bezlistne, ale nic nie wskazywało na to, by była zima. Było nawet dość ciepło. Na końcu alei, między drzewami na nocnym nieboskłonie migotały gwiazdy. Ruszyłam w drogę. Daleko nie zaszłam, gdy się obudziłam. Pić mi się chciało.
Byłam w więzieniu i uprawiałam seks z kobietą, by okraść ją gdy zaśnie. Przy czym ja sama raz byłam kobietą, raz mężczyzną. Moja partnerka najpierw wydawała się mężczyzną, w łóżku za to objawiła się jako płeć piękna i taką już pozostała.
e-blogi.pl [Załóż blog!] Subskrybuj blogi [Zamknij reklamy] |